"Byliśmy gdzieś w barze w Katowicach i wiedliśmy coś w stylu życia..." - czyli Górecki na Metalmanii

     Byliśmy gdzieś w barze w Katowicach i wiedliśmy coś w stylu życia. Zespół nasz, znaczy dwie osoby, podział ról: prosty. Ona na telefonie, w komputerze, szuka ludzi, którzy zapłacą za to, co ja napiszę. Ja – przez przypadek już wiadomo – piszę. Gdzie się dzieje, to jadę, a co się dzieje, to prawie nieistotne. Zrobię Eurowizję z każdego posiedzenia gospodyń wiejskich, wystarczy trochę nakłamać, ale co obligatoryjne – jawnie się do tych kłamstw przyznawać. Kaśka, bo tak na nią mówię*, do mnie coś o kondycji absolwentów ASP, ja jako instytucja od słuchania – nie słucham. Zadzwonił telefon, ona od telefonów, więc odbiera, kończąc jeszcze o ASP, po odebraniu, więc Maciek ją z drugiej strony telefonu pyta, o co jej, a ona że nic, nic, to do Michała, do mnie było. Rozłącza się, mówi, że mam trzy dni do Metalmanii, że właśnie dostałem akredytację, bo dzwonił szef. Rozbiegliśmy się, jak na żer, Kaśka po sponsorów, ja po informację. Rankiem lista była gotowa, w niej tak:

Wystawa Christophe Szpajdel’a, gdzieś przy bramce nr. 7. To autor większości logotypów zespołów metalowych. Dalej Kultury Gniewu, Krzysztof „Prosiak” Owedyk, komiksy podpisuje, swoje. Bramka ta sama, godzina tylko inna. Spotkania z zespołami, po kolei:

15:30 Destroyer 666,
16:00 – Emperor (to headliner),
18:00 – Napalm Death,

Dodatkowo, prywatnie już, dla mnie, że alkohol, to na zewnątrz, bramka nr. 6.
Wszystkiego nie obskoczę, sam będę, koncerty wynotowałem na serwetkach, te
z potencjałem na rozbite nosy, wiadomo, jeśli jednak nie, to skłamię, ale wolę, jeśli jednak tak.

     Bomby w górę, drzwi właściwie. I na boki, nie w górę. O 10:00 rano, pierwszy koncert:
11:30 Wolf Spider, zaczynamy od polskiego Trashu. I bardzo dobrze zaczynamy, z przemiłą perkusistką, Beatą Polak. Tu sukcesy, nasze zdjęcia pojawiają się, jako pierwsze z lokalnych mediów, Beata udostępnia, chyba fejsbuk, banany mamy zdrowe, na twarzach. Dalej gorzej. Pierwszy papieros, to bramka nr. 6, wszystko idzie, jak iść miało, nie potyka się, zdrowe jest i idzie.

Komputer, aparat, współpracuje ze mną nawet Pani przy wózku z piwem. Wracam, z koncertów wypisanych na serwetce reflektuję, że do 16:20 czas, wtedy Kult Mogił, scena druga. Zespół młody, polski, z Tarnowa. Młody, a już tu, no to z jakichś powodów, ja chcę je, te powody – koniecznie. Pierwsza porażka w ogromnym paśmie górskim niepowodzeń.

Na bramkach zawracają.

On do mnie
- Pan z prasy?

To ja, że
- Tak.

A on
- bez akredytacji Photo, to Pan nie wejdzie z tym aparatem.

To moja kolej, znowu
- Dlaczego?

A ten dalej swoje, że
- zmienna optyka, proszę Pana. Nie wejdzie Pan. Depozyt, Panie, 50 zł. I laptop jeszcze, jak widzę, to 100 zł będzie.

Nie dyskutuję, wracam, myślę sobie tylko Panie, co Pan, Polak, Polakowi…

Wychodzę, telefon, kolega: Tak, tak, wstałem, wpadaj.
Wpadłem i mówię, że wpadłem. Z tym aparatem. I wpadać nie przestanę, jak nie wrócę, skąd przylazłem. Do telefonów i dzwonimy, wyłuszczamy z pietyzmem wszystkim z listy kontaktów, że:

- Aparat potrzebuję taki, żeby go można było w dupie przemycić, bo lustrzanka to nie, bo ona ze zmienną optyką jest.

To porażka numer 2. Aparatu brak. Wracam, bez sprzętu, z telefonem jestem, musi mi wystarczyć.

Alastor, scena 2 – druga, oznacza, że nie główna. Zespół polski, wokalista do nich, nas, tłumu:

- prosimy się nie przytulać.

Oni w kółko i burza włosów, potu i piwa, mgła istna, bezcielesna. I chyba ciepło było, jakby się co najmniej przytulali. (A nie przytulali się). W tłumie nosów kilka poszło. Właściciele tych nosów wyszli szczęśliwi. Resztę ich koncertu obserwowałem przeuroczą fankę, poza tym kółkiem była, to mogłem. Jeśli zespół ocenić można po fan(k)ach – Alastor zdecydowanie na plus. (Chciałem wziąć jeden z tych nosów na pamiątkę, ale szybko je wyzbierali).

Teraz kaliber, uwaga, Destroyer 666, no to już nie ma przebacz, główna scena, idę.
Kurwa, napierdalać. Taki akcent przemycili, polski. Kompromisów brak, toż to klasa nie do ocen, Australia 1994, piąty teraz album. Koniec. Bo chcę przejść do swoich faworytów.

Asphyx. W Tangu, Mrożka, takie się jaja nie działy na scenie. Wreszcie Holandia do nas, nie my do Holandii. Martin van Drunen, wokalista grupy, ze sceny winien nie schodzić. Przykuć się go powinno, zabetonować i niech tam stoi.

Wtedy między innymi pierwsze nogi w górze wśród publiczności, wtedy też to nasze kurwa, tak już chyba jest, że im wszystkim w hotelach mówią, że nas kurwa, bardzo cieszy. No i faktycznie, polubili(śmy).
Ach, i pardon, bo obiecałem. Wszystko, co tu napisane, jest mniej więcej prawdą.


*chyba dlatego, że to jej imię, ale wciąż się spieramy

Michał Górecki