Niechlujni, albo bardziej papiescy niż sam papież. Dlaczego nie wyluzujemy jedząc po włosku w Polsce?

Włoska kuchnia jest biesiadna, radosna, nonszalancka, ale na pewno nie niechlujna. Gotujące Włoszki, które miałam okazje obserwować nie szatkują ziół na mikro-idealne kawałeczki, tylko rwą palcami. Nie odmierzają niczego miarkami i nie spoglądają na zegarek gdy wrzucają makaron do wody (mają jakiś taki wewnętrzy instynkt – po pewnym czasie wyciągają nitkę sphagetti i mruczą pod nosem „Jeszcze minutka…” i faktycznie ich makaron zawsze jest jędrny, al dente). Sól do gotującej się wody wrzucają trzema palcami z teatralnym rozmachem a la dyrygujący Abbado. Do stołu często podawane są kawałki ręcznika papierowego zamiast serwetek, a wino pije się z małych szklaneczek. Jedyną świętą zasadą jest używanie świetnej jakości świeżych składników.

We włoskich restauracjach rzadko czuć nadęcie, a dania przygotowywane są „al momento”, czyli w momencie po złożeniu zamówienia i można je spokojnie modyfikować u kelnera („Poproszę pizzę quattro formaggi, ale bez gorgonzoli”, „Czy może pani nie dodawać krewetek do makaronu, jestem na nie uczulona?”). Jasne, nie ma problemu. Można też poprosić o więcej pieczywa, keczup i majonez, plasterek cytryny, kawę bezkofeinową, można pogawędzić z właścicielem, dostać do spróbowania domowy likier, a klient prawie zawsze jest traktowany jak gość, a nie jako KONSUMENT. No dobrze, może jedynie zamawiając cappuccino do obiadu można spotkać się ze zmieszanym wzrokiem kelnera, ale na pewno wam go nie odmówi.

Cieszę się, że podejrzane pizzerie i pseudowłoskie tawerny w Polsce zaczynają odchodzić do lamusa, a górę biorą restauracje z oryginalnymi produktami i mądrymi kucharzami, znającymi włoską filozofię smaku.

Dziś chciałam napisać o dwóch restauracjach, które aspirują do najwyższego poziomu i w których jedzenie jest bardzo dobre. Zapominają jednak o najważniejszym składniku włoskiej kuchni. Jakim? Posłuchajcie dwóch historii:

Znana pizzeria w centrum Katowic

Pyszna pizza, uroczy wystrój, genialna lokalizacja. Co może tu być nie tak? Pomimo świetnych składników i włoskiego kucharza, ta znana pizzeria w żaden sposób nie jest wstanie stworzyć miłej atmosfery w lokalu. Kelnerzy zdecydowanie nie wspinają się tu na wyżyny uprzejmości, a złowrogi napis: Nie proś o keczup czy pizzę „pół na pół” sprawia, że za każdym razem kiedy tam wchodzę, czuję się jak intruz. Ale dobrze, każdy lokal ma swoje zasady.

Kiedyś jednak na pytanie czy mogłabym zamówić jedną z proponowanych pizz, ale bez dodatku pomidorków koktajlowych, pani kelnerka spiorunowała mnie wzrokiem odpowiadając: „Nie możemy zmieniać naszych idealnie skomponowanych dań”. Wtedy się we mnie zagotowało, bo pomyślałam: Nie bądźcie bardziej papiescy niż sam papież! Nikt we Włoszech nie zanegowałby zamówienia pizzy bez któregoś dodatku, a dowolne komponowanie składników jest czymś zupełnie normalnym! Dlaczego niby osoba, która nie ma ochoty, bądź jest uczulona na daną rzecz nie może zamówić pizzy, takiej jaka się mu podoba? Przecież każda przygotowywana jest na świeżo, zaraz po zamówieniu, więc o co chodzi? Kiedyś też zdarzyło mi się zamówić w tej bardzo-znanej-pizzerii kawę. Po chwili pan kelner wrócił mówiąc, że ekspres się zepsuł. Spytałam wtedy żartobliwie jak radzi sobie ich włoski kucharz bez kawy (wiadomo, Włosi to kawowi narkomani). Kelner odpowiedział szybko, że kucharz pije kawę z kawiarki, włoskiej mokki. Poprosiłam więc o kawę z mokki, dodając, że zapłacę za nią jak tą z ekspresu. Nie, nie, nie można. Nie da się. Wtedy przypomniałam sobie, że jestem przecież w Katowicach.


Pewna włoska knajpa w Tychach

Trafiłam tam z koleżankami pierwszego stycznia na obiad po imprezie sylwestrowej. Byłyśmy bardzo głodne , więc nawet nie zwróciłyśmy uwagi na nieprzytulny, pseudoelegancki wystrój. Rozbawili nas za to kelnerzy w pretensjonalnych do granic możliwości białych rękawiczkach (gdzie my jesteśmy?!?).

W tych mglistych, posylwestrowych Tychach obsługiwała nas dziewczyna z rozczochranym kucykiem na boku oraz makijażem jeszcze z wczorajszej zabawy. Jestem dla niej pełna wyrozumienia (kto się nie bawi do upadłego w noc sylwestrową?!), ale czemu w BIAŁYCH RĘKAWICZKACH?

Gdy usiadłyśmy, pani nic nie mówiąc podała nam pieczywo. Przyjęła zamówienia, oddaliła się, po czym podeszła i znowu nie wypowiadając słowa położyła przed każdą z nas po wielkim białym talerzu. Po tym, nadal milcząc, obeszła nasz stolik lejąc na każdy talerz po odrobinie oliwy. Zniknęła, znów wróciła i w grobowej ciszy powtórzyła czynność, lejąc nam po kapce octu balsamicznego. Na koniec pojawiła się znów i ciągle nic nie mówiąc popieprzyła nasze talerze ogromną, trzeszczącą pieprzniczką. Spieprzyła to. Po pierwsze „fare la scarpetta” czyli „moczyć chleb w sosie” to czynność we Włoszech, którą częściej się robi po zjedzonym posiłku, by „wyczyścić” talerz z całego aromatu dania. Po drugie - nikt nie jest zobligowany, żeby to zrobić w ogóle. A po trzecie, to faktycznie mogło być gościnnym, ciekawym akcentem, wprowadzającym nas we włoski zwyczaj, gdyby tylko kelnerka WYTŁUMACZYŁA o co chodzi. Dwie z moich koleżanek, które Włochy widziały tylko przejazdem, zupełnie nie zrozumiały tego milczącego rytuału. Znowu miało być wspaniale przewłosko i luksusowo, a wyszło dziwacznie i chłodno.

Moja konkluzja na koniec jest taka:

To super, że w Polsce kuchnia włoska jest traktowana z coraz większym szacunkiem, że znikają makarony z zamrażarek, kukurydza z pizzy i śmietana z carbonary. Nie zapominajmy jednak, że najważniejszym składnikiem włoskiej kuchni, takim jak bazylia, rozmaryn czy pomidor jest SERDECZNOŚĆ.

Miss Prosecco