Promień wystrzelony z planety Saturn miał zniszczyć Ziemię. Nasz glob uratowało kilku Ślązaków z Katowic. Omal nie przypłacili tego torturami i ciężkim więzieniem.

Kilka dni temu zajrzeliśmy na Nikiszowiec. Stąd te zdjęcia. Tam właśnie rozegrała się ta niesamowita historia, dotycząca ratowania naszej planety przed zagładą. W 2001 r. Lech Majewski zrealizował o tym niezwykły film, zatytułowany „Angelus”. Tytułowy angelus to anioł. Aniołem tym był młody mężczyzna, który nigdy jeszcze nie zaznał kobiety. Potocznie mówiąc – prawiczek. Miał on dobrowolnie oddać życie za nas i za całą planetę. Trzeba było tylko znaleźć najwyższy budynek w całej dzielnicy, aby promień z Saturna trafił w niego. Gdyż tylko w ten sposób Ziemia nie ulegnie zagładzie.

Członkowie Grupy Janowskiej z Nikiszowca i okolic znaleźli chętnego młodziana. Znaleźli również odpowiedni budynek. A ponieważ działo się to w czasach terroru stalinowskiego, więc w najbardziej okazałym gmachu katowickiego Nikisza znajdował się partyjny komitet.

Wybraniec, jak również członkowie Grupy Janowskiej, musieli się dostać na dach. W tym celu włamali się do siedziby komitetu o porze, dokładnie przez nich wyliczonej. Czekali na atak z Saturna. Młodzian nagi, otulony prześcieradłem. Reszta odziana niczym na wesele. Albo na pogrzeb.

Atak nie nastąpił. Nastąpiły natomiast aresztowania. Grupa Janowska miała szykować zamach terrorystyczny na władzę ludową. Cud, że nikogo nie wysłano na Sybir, by nakarmić białe niedźwiedzie. Co więcej, Grupa Janowska działa do dzisiaj. Jej członkowie wierzyli w dziwne rzeczy, a oprócz wierzeń tworzyli również obrazy. Niezwykłe. Kto chce, może je zobaczyć. O Grupie Janowskiej pisałem TU.

Nikiszowiec jest dzielnicą niezwykłą nie tylko dzięki Teofilowi Ociepce i pozostałych malarzach-prymitywistach, skupionych w Grupie Janowskiej. Jest niezwykły, bo taki właśnie jest.

Osiedle zaprojektowali niemieccy architekci Georg i Emil Zillmannowie. Dzięki nim w Katowicach są dwie perły. Tą drugą jest Giszowiec. Jego twórcom zamarzyło się, że robotnicy będą mieszkali w ogrodzie. Stąd tak niezwykły charakter Giszowca. A Nikiszowiec jest kompletnie inny. Nam on przypomina Anglię i jej dawne robotnicze miasteczka.

Dzisiejszy Nikiszowiec to perła Katowic. Ale to perła śpi. Niewiele się tam dzieje. Bo przecież tylko z pomocą władz miasta można na peryferiach, poza śródmieściem, zdziałać cokolwiek niezwykłego. Nam by się tam marzyła kawiarnia. Taka kawiarnia w stylu lat 60-tych. Z ogromnym, parującym ekspresem, który pachnie na cały lokal. Albo na przykład browar. Taki maleńki, lokalny browar, wytwarzający piwo wyłącznie do picia na miejscu.

A jeśli nie browar to piwiarnia. Koniecznie z wieloma różnymi piwami, lecz tylko rzadkimi. Rzadkimi, czyli niszowymi. Rzec by można „nikiszowymi”. I knajpy w stylu przełomu XIX i XX wieku.

Tam trzeba wyjątkowych przedsięwzięć. Przedwojennego sklepu kolonialnego. Eleganckiej drogerii. Tego wszystkiego nie ma. Gdy zajrzycie na „Nikisz” to zobaczycie lombard i tani sklep spożywczy. A chyba nie o to chodzi. Owszem, jest jedna knajpa, ukochana zresztą przez Kamila Durczoka, znanego z TVN. Ale to chyba za mało.

Ta dzielnica śpi. I cóż, że warto ją odwiedzić. Na 5, na 10 minut? Zdjęcia zrobić. To wszystko. A mogłaby pulsować gorącym życiem. Tylko trzeba pomysłu. Jej czar jest głęboko ukryty. Czy kiedyś eksploduje? Oby.

O Nikiszowcu można napisać wiele. Więc z pewnością do niego jeszcze wrócimy