Jesteśmy bezbronni w obliczu trujących wyziewów. Zabójcze opary mogą opaść na nasze miasta. Te wszystkie centra zarządzania kryzysowego w naszych miastach i urzędzie wojewódzkim, dowiedzą się o tym dopiero, gdy ludzie zaczną umierać. Dowiódł tego piątkowy pożar w Katowicach.

Po pożarze, który straż dogaszała, wieczorem zeszła na śródmieście toksyczna chmura. Jakieś nieprawdopodobne trucizny, aldehydy, cyjanowodory itp. Zabójcze, rakotwórcze świństwo. Wiemy, ponieważ w nocy z piątku na sobotę o 4 rano byliśmy na ul. Mikołowskiej, w ścisłym centrum miasta. Nie dało się oddychać ze względu na duszący smród spalonej gumy.

O 10.00 przed południem w powietrzu nadal unosił się nieznośny odór spalonego plastiku. Sprawdziliśmy więc stronę Śląskiego Monitoringu Powietrza, żeby wiedzieć co jest. Prowadzi ją Wojewódzki Inspektorat Ochrony Środowiska w Katowicach. A tam informacja, że powietrze jest świeżuteńkie niczym w Alpach. Okazało się, że ostatni komunikat dotyczył piątkowego przedpołudnia (żeby znaleźć dokładniejsze dane, również nie odnoszące się do chemicznego skażenia, trzeba było wejść głębiej). Mimo że wiadomo było o gigantycznym pożarze, nikt nie wpadł na to, że może dojść do skażenia. W tym konkretnym przypadku, choć monitoring działał, to okazał się nieprzydatny.

Zaskoczeni tą sytuacją zadzwoniliśmy do strażaków. Ci nie wiedzieli, czy ktokolwiek wykonał pomiary. Nie mieli tej wiedzy ani strażacy komendy miejskiej, ani ci z wojewódzkiej.

Zadzwoniliśmy do Centrum Zarządzania Kryzysowego Wojewody Śląskiego. Tam dopiero od nas dowiedziano się o możliwym skażeniu substancjami groźnymi dla zdrowia i życia. Nikt wcześniej nie wpadł na to, żeby przygotować się na taką ewentualność. Nawet w obliczu faktycznego skażenia tylko my pytaliśmy, chcieliśmy wiedzieć, ostrzec mieszkańców. Odpowiedzialne za nasze bezpieczeństwo służby kompletnie nie zdały egzaminu. Nikt nie wiedział, jakie chemikalia i jakie substancje dostały się do atmosfery.

Toteż informujemy, że opar, który opadł na stolicę woj. śląskiego był niebezpieczny dla zdrowia i życia ludzi. Oddajemy głos prof. Izabeli Sówce, kierownik Zakładu Ekologistyki i Zarządzania Ryzykiem Środowiskowym oraz akredytowanego Laboratorium Badań Olfaktometrycznych Wydziału Inżynierii Środowiska Politechniki Wrocławskiej:

"Bardzo niebezpieczne jest spalanie materiałów z PCV. Z tego wykonane są m.in. wykładziny lub otoczki kabli. W końcowym etapie spalania powstają wówczas związki, w których składzie jest chlor. W warunkach wysokiej wilgotności powietrza może on stworzyć kwasy i inne substancje pochodne. Dodatkowo jeżeli spalamy piankę poliuretanową albo buty, odzież, stare klejone meble - może być emitowany do atmosfery cyjanowodór. To jeden z najbardziej toksycznych związków. W przypadku butelek typu PET, worków plastikowych, opakowań po jogurtach – emitowane są dioksyny. To są związki bardzo niebezpieczne, które zagrażają całemu naszemu organizmowi. Są medycznie udokumentowane przypadki chłoniaka czy mięśniaka, a także nowotwory płuc czy układu pokarmowego".

Sytuacja, gdy dużo tych związków naraz dostaje się do atmosfery: "Zanieczyszczenia wchłaniamy przez skórę, oczywiście cierpi układ oddechowy, ale także pokarmowy".

A co, gdy spali się sklejka czy płyty wiórowe: "Z tego jest emitowany formaldehyd, który jest bardzo niebezpiecznym związkiem organicznym, bardzo łatwo rozpuszczalnym w wodzie. Może dla kogoś nie ma znaczenia, jak tego typu związki wpływają na środowisko, ale tak naprawdę samo wdychanie tego typu związków jest bardzo niebezpieczne".

Sprawy tej nie wolno pozostawić. Dlatego będziemy pytać o to, dlaczego zlekceważono tę sytuację. Dlaczego dopuszczono do tego, by mieszkańcy stolicy Śląska nie wiedzieli, że powietrze uległo skażeniu.