Do wypadku doszło na granicy Sosnowca i Katowic. Najbliżej było pogotowie z Sosnowca. Normalny samochód dystans między stacją pogotowia a miejscem wypadku pokonuje w 3-4 minuty. Tym razem karetka dojechała po 20 minutach od wezwania.

Czy kierowca był w tym momencie martwy, czy skonał później, tego nie sposób ustalić. Nie sposób ustalić dlatego, że nikt go porządnie nie zbadał. Nikt nie wpadł na to, by go wyciągnąć z rozbitego samochodu, rozpocząć reanimację, podać tlen, a jeśli trzeba, rozpocząć masaż serca. Kierowca siedział z głową na kierownicy rozbitego samochodu do przyjazdu karetki. Policjantom "wydawało się", że nie żyje. Czy było to celowe czekanie na zgon i nieudzielenie pomocy? Na to pytanie też nie da się odpowiedzieć.

Lekarz pogotowia, którym akurat był szef sosnowieckiej stacji, oparł się na informacjach od policjantów. Urzędowo stwierdził zgon. Co ciekawe, w karcie informacyjnej wpisał, że kierowca jest nieznany z imienia i nazwiska. Tak zwany "NN". To pozwoliło wbrew woli rodziny ukraść zwłoki i przekazać je do pewnego zakładu pogrzebowego. Tam przyjechał zespół transplantacyjny i również bez wiedzy rodziny, pobrał od denata gałki oczne i serce. Podobno zastawki serca do niczego się nie przydały i zostały później skremowane. Gałki oczne wykorzystano. Zostały przeszczepione.

Wszystko to wydaje się nieprawdopodobne, a jednak w stu procentach jest zgodne z faktami. Dysponujemy pełną dokumentacją prokuratorską, przekazaną nam przez rodzinę kierowcy. Wynika z niej między innymi, że w czasie, gdy lekarz pogotowia wpisywał w karcie zgonu "NN", na miejscu wypadku przebywała narzeczona kierowcy. Zrozpaczonej kobiecie w tej samej karetce podano zastrzyk uspokajający. Potem już nie reagowała na to, co się dzieje. Można było przekazać ciało zakładowi pogrzebowemu spoza Katowic czy Sosnowca. Jedynemu, który dysponował salką do pobierania ludzkich narządów.

Kierowca był oficjalnie nieznany z imienia i nzawiska, chociaż miał przy sobie portfel, a w nim prawo jazdy i dowód osobisty. Już na miejscu wypadku laborant policyjny wykonał fotografie dokumentów. Mimo to zrozpaczonej rodzinie, która wydzwaniała na policję w Katowicach i w Sosnowcu podając imię kierowcy, odpowiadano, że policja nie wie o kogo chodzi. Dopiero po trzech dniach policjanci ujawnili, w którym zakładzie pogrzebowym leży ciało.

Do wypadku doszło, ponieważ Michał M., po sprzeczce ze swoją narzeczoną wybiegł z mieszkania, wskoczył do samochodu i ruszył spod bloku z piskiem opon. Mieszkali wraz z rodzicami narzeczonej w Sosnowcu, jakieś pół kilometra od granicy z Katowicami. Michał M. jechał w stronę katowickich Szopienic, a wówczas zaczął go ścigać policyjny radiowóz, ktory patrolował okolicę. Michał M. nie zatrzymał się, przyspieszył. Pościg zakończył na drzewie. Lekarze z Zakładu Medycyny Sądowej w Katowicach stwierdzili, że bezpośrednią przyczyną zgonu było pęknięcie wątroby i wewnętrzny krwotok. Nie wiadomo więc, czy gdyby Michałowi udzielono pomocy, przeżyłby. Ale taka możliwość istnieje.

Lekarze podczas sekcji zwłok ustalili coś jeszcze. Badając ciało kierowcy ze zdziwieniem stwierdzili, że brakuje gałek ocznych i serca. Rodzina niczego nie zauważyła, tak dobrze ciało było przygotowane do pogrzebu. Kilka miesięcy po wypadku prokuratura umorzyła śledztwo w sprawie śmierci Michała M. Wtedy pozwolono jego matce przeczytać akta śledztwa. W nich znajdował się protokół z sekcji zwłok. Dopiero wówczas matka Michała dowiedziała się, że pobrano mu gałki oczne i serce. Zrobiono to ukradkiem, by rodzina nie wiedziała. Dlatego ukrywano przed nią przez kilka dni, w które miejsce trafiło jego ciało.

Wszystkie podane powyżej fakty znajdują odzwierciedlenie w urzędowych dokumentach. Rodzina przekazała nam ich kopie. Michał M. osierocił kilkuletnią córeczkę.

Materiał powstał przy współpracy z Kancelarią Prawną Leszek Krupanek w Katowicach, ul Opolska 1.Tel. 731 13 13 13.