Bezmyślni lekarze skazali starszą kobietę na miesiące okropnej udręki. W dodatku całkiem bezsensownej.

Pani Marysia jest przemiłą, 70-letnią, starszą panią. Trzy lata temu zaczęła mieć problemy z woreczkiem żółciowym. Lekarze postanowili, że trzeba ten woreczek usunąć. Tłumaczyli pani Marii, że jest to prosty, wręcz banalny zabieg.

Pani Maria udała się do szpitala, gdzie miano go przeprowadzić. Lekarze zdecydowali się na metodę laparoskopową, tłumacząc, że jest to bezpieczny sposób wykonania operacji. I powszechna praktyka by to potwierdzała. Niestety od każdej reguły są wyjątki. Jednym z takich wyjątków jest m.in. otyłość pacjenta i w takim przypadku należy rozważyć wykonanie operacji metodą klasyczną.

Pani Marysia była osobą o dość dużej tuszy. Mimo to lekarze zdecydowali się na zabieg laparoskopowy. Po zabiegu pani Maria bardzo źle się czuła, jej skóra zaczęła żółknąć, więc już po tygodniu zdecydowano o przeprowadzeniu kolejnego zabiegu. Tym razem metodą klasyczną, tak zwanego zwiadowczego, celem ustalenia przyczyny dolegliwości.

W trakcie drugiego zabiegu okazało się, że podczas laparoskopii pacjentce przecięto obie drogi żółciowe. Przez to żółć, zamiast przedostawać się do jelit, wpływała wprost do jamy brzusznej. Stan taki zagrażał życiu pacjentki.

Niestety lekarze dużego szpitala z naszego regionu najwidoczniej nie czuli się na siłach przeprowadzić tak zwany zabieg naprawczy, polegający na odtworzeniu ciągłości dróg żółciowych. Zamiast niego na uszkodzone przewody założyli dren, wyprowadzający żółć na zewnątrz, przez skórę pacjentki, do specjalnego woreczka.

Aby prawidłowo funkcjonować i móc trawić spożywane pokarmy, pani Marysia musiała tę żółć pić. Około dwie, trzy szklanki dziennie. Stan taki trwał aż 8 miesięcy, podczas których nikt pacjentce nie tłumaczył, że może ona poddać się zabiegowi naprawczemu, który przywróciłby prawidłowe działanie jej dróg żółciowych. Co gorsza, w ciągu tych 8 miesięcy kikuty uszkodzonych dróg stopniowo się od siebie oddalały, czyniąc zabieg naprawczy coraz bardziej skomplikowanym i ryzykownym. W końcu pacjentka zaczęła szukać pomocy u innych lekarzy, w innym ośrodku, gdzie na szczęście udało się zabieg przeprowadzić.

Pani Marysia zgłosiła swoje pretensje szpitalowi, lecz ten nie ma sobie nic do zarzucenia, a jednym z tłumaczeń powstałych komplikacji jest to, że pacjentka była otyła, a ludzi otyłych operuje się ciężej. Szpital przy tym nie wytłumaczył, dlaczego mimo widocznej otyłości kobiety, zdecydowano się na zabieg laparoskopowy, obarczony większym ryzykiem i bardziej w tym przypadku niewskazany.

Sprawa jest w sądzie, który rozstrzygnie, czy ośmiomiesięczna gehenna pacjentki stanowiła dla niej krzywdę, czy tylko dyskomfort.

Materiał powstał przy współpracy z Kancelarią Prawną Leszek Krupanek w Katowicach, ul Opolska 1.Tel. 731 13 13 13.