Panuje gwar. Przy barze stoi trzech mężczyzn, a przy malutkim stoliczku siedzą dwie eleganckie kobiety – domyślam się po stylowych butach – ich twarze są zakryte dziennikiem „Il Resto del Carlino”.

Barman chichocze z klientami, podczas gdy za barem jego zamyślona matka z prędkością światła wkłada i wyjmuje dysze z kawą do srebrnego, lśniącego ekspresu. Ubawiony właściciel pogłaśnia radio i nuci o tej „największej miłości jaką przeżył”. Z zewnątrz wchodzą kolejni ludzie – staruszka z pieskiem, dwie studentki, biznesmen w garniturze, kobieta w ciąży, robotnik w upapranych spodniach.

Jedna ze studentek zamawia cappuccino, robotnik prosi o „un caffe” czyli kawę espresso, której nazwy raczej się w barze nie używa. Biznesmen prosi o „un caffe macchiato” (czytaj- makkiato) czyli espresso „splamione” mlekiem - bo to dokładnie oznacza „macchiato”. To wszystko - to codzienność włoskiej kawiarni i śniadania jedzonego „in giro” czyli „na mieście”. Ma ona w sobie coś vintage, bo pomimo pośpiechu czasów, w których żyjemy, przywitanie nowego dnia z sąsiadami i znajomymi oraz filiżanka dobrej kawy - to we Włoszech rzecz święta.

No właśnie, a co to znaczy dobra kawa? Oficjalnie pierwszy model kawiarnianego ekspresu został zbudowany i opatentowany we Włoszech przez Luigi Bezzera. Wynalazca przez kilka lat udoskonalał swoją maszynę, aż w roku 1906 oficjalnie zaprezentował ją na Międzynarodowych Targach w Mediolanie. Ekspres do kawy jako urządzenie w pełni rozwinięte i całkowicie funkcjonalne pojawił się dopiero w okolicach 1970 roku. Z powodu swoich gabarytów i topornej budowy, początkowo wykorzystywany był tylko w kawiarniach i restauracjach – stąd od ponad 45 lat Włosi są przyzwyczajeni chodzić na kawę do baru.

W domach powoli pojawiają się profesjonalne ekspresy, ale nadal większość, jeśli już pije kawę w domowym zaciszu, używa prostej mokki Alfonso Bialettiego – inżyniera i geniusza designu.

Prócz dobrej kawy każdy lubi coś rano schrupać. Od północy po południe Półwyspu Apenińskiego Włosi chrupią i kruszą na barowe posadzki rogaliki – puste albo nadziewane nutellą, marmoladą czy kremem. Po skontrolowaniu czy na wypielęgnowanej brodzie nie pozostał żaden kawałeczek brioszki i otrzepaniu żakietu koleżanki z okruszków można dźwięcznie odstawić filiżankę i ruszyć na podbój Italii. I tak za dwie godziny siesta.

Miss Prosecco